Wisła Kraków w kontekście utrzymania w Ekstraklasie może spać spokojnie, bo przy jednej spadającej drużynie i konkurencji nieszczególnie mocno walczącej o uniknięcie ostatniego miejsca, ma wystarczającą przewagę punktową. Ale myślenie, że wszystko w klubie idzie w dobrym kierunku byłoby patrzeniem przez różowe okulary. Trzy kolejne porażki spowodowały, że w Krakowie mówi się o coraz gorszej atmosferze.

Jest takie zjawisko w piłce nożnej, o którym mówi się “meteoryt”. Najczęściej określa się nim piłkarza, który w sposób zupełnie nieoczekiwany eksploduje formą, strzela gola za golem przez sezon lub pół, po czym nagle znika i rozpływa się w przeciętności. Do tej pory nie mieliśmy jednak przypadku, by meteorytem było jedno słowo. Dopóki nie pojawił się Peter Hyballa, a my wszyscy wraz z nim nie zaczęliśmy odmieniać przez wszystkie przypadki terminu “gegenpressing”.

Jazda windą w górę i w dół

Oczywiście jestem wielkim wrogiem wąskiego patrzenia na sprawy związane z futbolem. Piłka widziała już historie tak trudne do wytłumaczenia, że nie będę jakoś bardzo zszokowany, jeśli za jakiś czas zobaczymy w Wiśle wersję 2.0 gegenpressingu. To, że czegoś teraz nie ma, nie oznacza, że za chwilę się nie pojawi, i że wszystko, co widzimy jest tylko zaplanowaną częścią całości. Tyle że na dziś nadzieję można opierać tylko na tym, że w futbolu dwa plus dwa dość często nie równa się cztery. Żadnej innej przesłanki nie widać. Harmonijny rozwój ma to do siebie, że można robić krok w tył, by później pójść dwa do przodu. Wisła od pewnego czasu posuwa się wyłącznie wstecz.

Przeczytaj cały artykuł na goal.pl >