Mogliśmy wygrać, mogliśmy też przegrać. Chyba trudno o lepsze podsumowanie wczorajszego spotkania. Po drugi w tym sezonie wróciliśmy z trudnego terenu z tarczą. Niestety, tym razem nieco bardziej poobijani, jednak niedosyt pozostaje.

Oczywiście pierwszą wizytą w jaskini lwa było starcie w Zabrzu. Nie przestraszyliśmy się faworyzowanego gospodarza i udowodniliśmy, że nawet mimo absolutnie niesprzyjających okoliczności, potrafimy rywalizować jak równy z równym z obecnie najlepszymi drużynami w lidze, bo do takich należy zaliczyć Raków i Górnika. Jednak czy na określenie „jak równy z równym” jest odpowiednie w kontekście wczorajszych wydarzeń?

Gdyby tylko Błaszczykowski uderzył mocniej, gdyby Frydrych główkował nieco bliżej słupka, gdyby Beciraj nie pogubił się w polu karnym, a Savić nie został zablokowany… Wiślacy mieli 3, może 4 świetne okazje na zdobycie bramki, a dwie z nich spokojnie możemy zaliczyć do kategorii stuprocentowych. No właśnie – gdyby. A co by było, gdyby kapitan Białej Gwiazdy jednak zaskoczył Szumskiego, a krakowianie wyszli na prowadzenie już w 9. minucie? Czy stracony gol pobudziłby nieco senny Raków do bardziej aktywnego działania, czy podopieczni Artura Skowronka poszliby za ciosem i powiększyli przewagę? Niewykluczone. Gospodarze nie przypominali drużyny, która w efektownym stylu wygrała np. z Górnikiem. Kibiców z Częstochowy szczególnie mógł irytować Ivi López, który raz po raz dośrodkowywał w ręce dobrze dysponowanego Mateusza Lisa.

Jeżeli komukolwiek należą się pochwały za niedzielną rywalizację, golkiper Wisły z pewnością znajdzie się w tym gronie. Świetnie radził sobie w powietrzu, nie zawodził na linii, a przy „straconych” (nieuznanych) bramkach raczej nie miał większych szans na udaną interwencję. Błędy Lisa można policzyć na palcach jednej ręki. I ta ręka niekoniecznie musiałaby składać się z 5 palców. Na dobre słowo zasłużył też duet środkowych obrońców: Sadlok i Frydrych. Chociaż do ogródka Czecha możemy wrzucić jeden kamyczek – były defensor Slavii powinien wykorzystać sytuację z 78. minuty…

W kwestii meczu w Bełchatowie warto pochylić się jeszcze nad dwiema postaciami – Arturem Skowronkiem i Fatosem Becirajem. Trener dobrze poukładał grę obronną i wybrał właściwą taktykę na spotkanie z tak wymagającym rywalem. Krakowianie, co docenił szkoleniowiec Rakowa, Marek Papszun, umiejętnie się ustawiali i wypełniali wolne przestrzenie, neutralizując ofensywne poczynania przeciwników. Wisła, przynajmniej w pierwszej połowie, nie przegrała walki o dominację w środku pola, co może być niemałym zaskoczeniem, zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę brak Bashy czy Żukowa.

No i ten nieszczęsny Beciraj. Czarnogórzec jest silny fizycznie, dobrze się zastawia i chroni futbolówkę, jednak… trudno nawet posądzać go o minimalne zdolności finalizacji akcji. Jeżeli 32-latek faktycznie jest napastnikiem, może warto umówić go na kilka sesji treningowych z Pawłem Brożkiem, Maciejem Żurawski czy Tomaszem Frankowskim. Przez te 2 tygodnie Beqiraj powinien zostać zamknięty w Myślenicach i niech ćwiczy 2 schematy: przyjęcie-strzał i strzał bez przyjęcia.

Jednak żeby nie było tak kolorowo. W drugich 45. minutach Biała Gwiazda została niemal całkowicie zdominowana przez Raków, a jej gra momentami przypominała obronę Jasnej Góry. Nagroda man of the match powinna powędrować do wspominanego wyżej Lisa, który udowodnił, że zasługuje na bluzę z numerem 1.
Tak, mogliśmy przegrać, ale mogliśmy też wygrać, chociaż szanse na 3 punkty to raczej 30 do 70 na korzyść porażki. Koniec końców z boiska lidera wywozimy bezbramkowy remis – czyste konto i 1 oczko. Wczorajszy wynik należy szanować, ale niekoniecznie powinniśmy się z niego przesadnie cieszyć. W następnej kolejce zmierzymy się z Wartą, która ma dokładnie taki sam dorobek punktowy jak my. Szybkie porównanie – z Wisłą Płock poznaniacy wygrali (3:1!), natomiast z Górnikiem ponieśli skromną porażkę (0:1). Ekstraklasa jest absolutnie nieprzewidywalna. Jednak w tym sezonie Wiślacy mają świetny bilans spotkań z beniaminkami: 2 zwycięstwa, 9 strzelonych goli i 0 straconych. Nie pogniewamy się, jeżeli za niecałe 2 tygodnie dwie z tych liczb odpowiednio się zwiększą, a trzecia pozostanie bez zmian.

(Michał Stompór)