Sobota, mroźny, listopadowy poranek. Okoliczności, które niekoniecznie kojarzą się z dobrymi informacjami. Jesień w pełni, a do zimy coraz bliżej. Słońce zachodzi coraz wcześniej i coraz trudniej o pozytywne nastawianie do otaczającej rzeczywistości. Tak wygląda niemal każdy dzień kończącego się roku. Jednak trzy lata temu na świat mogliśmy patrzeć przez różowe okulary – 18 listopada 2017 roku kontrakt z Wisłą podpisał Marcin Wasilewski.
Dla jednych ogromne wzmocnienie i możliwość wykorzystania nowych zasobów marketingowych, dla innych transfer w stylu „dom spokojnej starości przy Reymonta”. Wielu krytykowało klub za sprowadzenie 37-letniego zawodnika, który najlepszy okres kariery ma już za sobą, jednak równie duża grupa zauważała nieprzecenione doświadczenie czterokrotnego mistrza Belgii i jednokrotnego triumfatora Premier League. Mimo gorącej dyskusji na temat przydatności obrońcy w kadrze Białej Gwiazdy, temu ruchowi nie sposób było odmówić jednego – wzbudzał wielkie emocje i z miejsca uczynił R22 jeszcze bardziej atrakcyjnym miejscem na wizytę w dniu meczowym.

Nieudany początek

Wasilewski w nowych barwach zadebiutował w wyjazdowym starciu z Termaliką. Na boisku pojawił się w 85. minucie, zmieniając Kamila Wojtkowskiego. Niestety, premierowe starcie Wasyla w koszulce Wisły nie zakończyło się po jego myśli – 3 minuty później Vlastmir Jovanović wykorzystał dośrodkowanie Gabriela Iancu i strzałem głową wyrównał wynik spotkania, odbierając podopiecznym Kiko Ramireza komplet punktów. Dla byłego zawodnika Śląska, Wisły Płock, Amiki i Lecha mecz z Bruk-Betem był powrotem na ekstraklasowe boiska po 11 latach – poprzedni raz urodzony w Krakowie zawodnik wystąpił na najwyższym krajowym szczeblu jako piłkarz Kolejorza.

Pierwsze spotkanie w podstawowym składzie wychowanek Hutnika zaliczył przeciwko Nafciarzom. Na boisku spędził pełne 90. Minut, jednak tamtej rywalizacji z pewnością nie zaliczy do udanych – płocczanie prowadzenie przez Jerzego Brzeczką wywieźli ze stolicy Małopolski 3 punkty, a jedyną bramkę przy Reymonta zdobył Damian Szymański. Potyczka z imienniczką była początkiem serii występów Wasilewskiego w wyjściowej jedenastce. Doświadczony gracz zanotował 6 kolejnych meczów od pierwszego gwizdka, a w pojedynku z Cracovią wpisał się na listę strzelców, otwierając wynik pamiętnych derbów przy Kałuży.

Liczby numeru 27

Jak się później okazało, gol w Świętej Wojnie był jedynym trafieniem Wasyla w koszulce z białą gwiazdą na piersi. Niezwykle ważnym i prestiżowym, ale jedynym. Oprócz gola w starciu z Pasami obrońca zapisał na swoim koncie także dwie asysty – to jego strzał Zoran Arsenić skutecznie dobił i zapewnił Wiśle wygraną w potyczce z Jagiellonią (kwiecień 2014), a po podaniu zawodnika z numerem 27 na plecach Krzysztof Drzazga skompletował hat-tricka w pojedynku z Koroną (wrzesień 2019).

Licznik występów Wasilewskiego w barwach krakowskiej ekipy zatrzymał się na 60. Warto wspomnieć, iż od 22 kwietnia 2018 roku i spotkania z Legią, defensor zaliczył 22 mecze z rzędu w wyjściowej jedenastce. Gdyby nie pauza za żółte kartki w potyczce z Miedzią, takich spotkań byłoby aż 33. Ostatnim pojedynkiem 60-krotnego reprezentanta Polski w wiślackich szeregach była domowa rywalizacja z Arką Gdynia. W 64. minucie obrońca zmienił młodszego o 23 lata Daniela Hoyo-Kowalskiego i niecałe 3 minuty później stanął przed szansą pięknego zwieńczenia swojej kariery. Zawodnik Białej Gwiazdy podszedł do rzutu karnego, jednak golkiper gdynian, Kacper Krzepisz, wyczuł jego intencje i obronił jedenastkę. W ten jakże pechowy sposób krakowski wojownik zamknął swój rozdział przy Reymonta.