Wielkich graczy można poznać po tym, jak zachowują się w trudnych momentach. Gdy niemal cała drużyna zawodzi, nastroje w szatni pogarszają się z dnia na dzień, a trener co kolejkę próbuje nowych rozwiązań, oczy kibiców rozpaczliwie poszukują postaci, która da potrzebny impuls, swoistą iskrę, dzięki której zapłonie ogień. A kiedy w kadrze próżno szukać znakomitych dryblerów czy boiskowych magików, uwaga większości skupia się na zawodnikach najbardziej doświadczonych. Kto ma przywrócić ducha walki, jeżeli nie zaprawieni w boju wojownicy?

Biała Gwiazda fatalnie rozpoczęła sezon 16/17. Po zwycięstwie w meczu otwarcia (2:1 z Pogonią), krakowianie przegrali aż siedem spotkań z rzędu. Chociaż Dariusz Wdowczyk nie stracił stanowiska, trudno było się spodziewać, że pod wodzą tego szkoleniowca Wiśle uda się wrócić na właściwą drogę. Mimo nieprzychylnej prasy były opiekun Polonii i Legii zdołał wydostać swoich podopiecznych z dołka, o czym świadczyły rezultaty sześciu kolejnych pojedynków – chłopcy z Reymonta zdobyli w nich 12 puntów, na co złożyły się trzy wygrane i taka sama liczba remisów. Jednocześnie atmosfera wokół postaci trenera robiła się coraz bardziej gęsta, co nie było żadną tajemnicą. Wiślacy w pewnym momencie zostali zawieszeni w dziwnej próżni – z jednej strony zaczęli notować zadowalające wyniki, a z drugiej byli świadomi dosyć niezręcznej i problematycznej sytuacji panującej w gabinetach dyrektorów.

Zanim konflikt rozgorzał na dobre, 13-krotni mistrzowie kraju 6. listopada mieli zmierzyć się z Górnikiem Łęczna. Czy już wtedy znali decyzję Wdowczyka? Nawet jeżeli spodziewali się końca warszawsko-krakowskiego związku, w żaden sposób nie dali po sobie tego poznać. Już w 8. minucie Rafał Boguski wykorzystał dogranie Mateusza Zachary i pokonał Sergiusza Prusaka. Dwadzieścia pięć minut później ofensywny pomocnik po raz drugi wpisał się na listę strzelców, tym razem korzystając z podania Bobana Jovicia. Niestety, Górnicy zdołali zdobyć kontaktową bramkę jeszcze przed przerwą, co wyraźnie podłamało gospodarzy, ponieważ kwadrans po rozpoczęciu drugiej połowy Javi Hernandez wyrównał wynik rywalizacji przy R22.

Na nic zdały się ambitne próby Dumy Lubelszczyzny – trzy minuty po wykorzystanej jedenastce Hiszpana, sprawy w swoje ręce i nogi wziął świetnie dysponowany Boguski, który znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie, i przytomnym strzałem zmusił golkipera gości do kapitulacji. Dla doświadczonego zawodnika nie był to pierwszy hat-trick w karierze. Po raz pierwszy piłkę do domu wziął osiem lat wcześniej, po meczu z Odrą w Wodzisław.

W wypowiedzi dla wislaportal.pl wychowanek ŁKS-u Łomża w taki sposób podsumował swój fenomenalny występ: – Tylko raz strzeliłem trzy bramki, było to w meczu z Odrą Wodzisław Śląski. Na pewno to było moje dobre spotkanie, ale “mecz życia” byłby, gdybym jeszcze dwie bramki strzelił po uderzeniach głową. W drugiej połowie na pewno nie byłoby wtedy wątpliwości. Trzy bramki muszą oczywiście cieszyć, zwłaszcza że zwycięskie. Zdobyliśmy trzy punkty, pniemy się w górę tabeli i oby tak dalej.

Po chwili chwały przyszło natychmiastowe załamanie. Tydzień później Biała Gwiazda, już bez Wdowczyka za kierownicą, przekonała się o skuteczności szczecińskiej Pogoni z Adamem Gyurcsó na czele. Węgier upolował „karetę”, a Portowcy łącznie aż sześciokrotnie pakowali piłkę do siatki Łukasza Załuski.
Krakowianie znowu wpadli w dołek, który wcześniej chyba nie do końca został zakopany. Tylko od nich zależało, czy zdołają się z niego szybko wydostać, czy pozwolą, aby ligowi grabarze dokończyli swoją pracę. Za łopatę chwycił nie kto inny jak Boguski, który przegonił mroczne postaci i wyciągnął kolegów na powierzchnię. Na Reymonta 26. listopada przyjechała Arka Gdynia, prowadzona przez byłego zawodnika Wisły, Grzegorza Nicińskiego. Goście już w 5. minucie otworzyli wynik spotkania, zaskakując gospodarzy dobrym rozegraniem stałego fragmentu gry. Gdy wydawało się, że demony ze Szczecina powróciły, sygnał do ataku dał „Boguś”, który 13 minut później doprowadził do wyrównania. Role szybko się odwróciły – to Wiślacy przeszli do ofensywy i tuż przed upływem drugiego kwadransa wyszli na prowadzenie. Autorem trafienia był nie kto inny, jak Boguski, który po dośrodkowaniu Małeckiego główką umieścił piłkę w siatce!

Na przerwę drużyna Kazimierza Kmiecika schodziła z pełnym uśmiechem na ustach, ponieważ w 38. minucie Peter Brlek zdobył kolejną bramkę. Gdynianie zapewne liczyli, że po zmianie stron zdołają odwrócić losy meczu, jednak marzeń pozbawił ich sześciokrotny reprezentant Polski, który w 63. minucie po solowej akcji umieścił futbolówkę tuż przy słupku. Osiem minut później rezultat starcia ustalił Paweł Brożek – legendarny snajper wykorzystał podanie gwiazdy tamtego dnia, Rafała Boguskiego.

– Kolejny mecz i kolejny hat-trick, jak ja to robię? Gdyby tak łatwo mieć receptę na to, żeby co dwa tygodnie zdobywać hat-trick’a, to byłoby fajnie. Po prostu czasami jak idzie, to idzie i ciężko jest wytłumaczyć takie zjawisko. Dzisiaj fajnie ta piłka wpadała, choć przy pierwszej było sporo szczęścia. Dwie kolejne to ładne akcje – tak w rozmowie z wislaportal.pl swój wyczyn skomentował bohater kolejnego listopadowego wieczoru.

Trzy tygodnie, trzy kolejki, dwa hat-tricki i jedna asysta – czy ofensywny piłkarz może sobie wymarzyć lepszy scenariusz? Boguski w mocny sposób odpowiedział tym, którzy wątpili w jego umiejętności i krytykowali obecność doświadczonego gracza w wyjściowym składzie. Mimo upływu lat trzykrotny mistrz Polski ciągle pozostaje do dyspozycji trenera i cierpliwie czeka na swoją szansę. Przygasające ognisko przy Reymonta potrzebuje iskry, która na nowo pozwoli wzniecić dumny płomień. Być może to właśnie ten nieco zapomniany piłkarz po raz kolejny wskaże kolegom właściwą drogę.

(Michał Stompór)